Poznaj nasz gang

Szafa Pełna Szpeju to nie jeden gość z opinią na wszystko, tylko ekipa, którą łączy jedno: nie umiemy usiedzieć w miejscu. Rower, bieganie, splitboard, siłownia, camper w budowie – każde z nas ma swój sposób na to, żeby jak najwięcej czasu spędzać w ruchu i na świeżym powietrzu.


Nazywam się Kocu i rowery towarzyszą mi najdłużej ze wszystkiego. Za dzieciaka skakałem na dirtowych hopkach na BMX-ie. Przerzutki pojawiły się dopiero, jak sporty wytrzymałościowe zaczęły wygrywać ze skakaniem.

Zimę lubię bardziej niż lato, co pewnie tłumaczy, dlaczego z bieganiem poznałem się przez splitboard, a nie odwrotnie. Chciałem być bardziej wydolny na podejściach – bieganie akurat było pod ręką. Okazało się, że ultra to coś, w czym się po prostu dobrze odnajduję.

Zaczynałem od bushcraftu i survivalu, w czasach gdy o ultralekkim sprzęcie nikt jeszcze nie słyszał. Pierwszy ekwipunek wynosiłem z domu albo wykopywałem na wrocławskich demobilach. Testowałem przy tym mnóstwo sprzętu, który zwyczajnie nie działał – i pewnie stąd bierze się to, że dziś jestem wybredny.

Mam ADHD, więc jak coś mnie wciągnie, to wciąga na całego. Nie potrafię czegoś "po prostu robić" – muszę robić na 110%. Kopię, kopię, czytam kolejne źródła i nie umiem przestać, dopóki nie wiem o temacie więcej, niż jest mi to realnie potrzebne.

Rok temu urodziła się Helka, ma teraz półtora roku i otworzyła mnie na coś, czego wcześniej w ogóle nie było na moim radarze: szpej dla dzieci.

Konrad ‘Kocu’ Kocowski-Górski


Nazywam się Zuzia i siedzenie bezczynnie po prostu nie jest moją bajką. Mój supermoc to zamienianie każdej wolnej chwili w kolejny plan wypadu – najlepiej jeszcze zanim skończę poprzedni.

Na rowerze zjechałam Polskę wzdłuż i wszerz, ale koronny numer to solówka z włoskiego Treviso do Wrocławia. Sama, na dwóch kółkach, z głową pełną planów.

Kiedy zsiadam z siodełka, nogi same wskakują w buty trekkingowe. Mam na koncie Główny Szlak Beskidzki i legendarne okrążenie Mont Blanc (TMB) – bo widocznie samo chodzenie po górach też mi mało.

Trailowe bieganie też jest na mojej liście, a ostatnim startem było Izery Ultra Trail (35 km). Dobiegłam do mety, ale zapłaciłam za to kontuzją, z którą do dziś się użeram. Cena za upór bywa wysoka, ale meta to meta.

Teraz, zamiast kolejnego szlaku, dłubię z chłopakiem Dawidem przy starym, dobrym T4 – robimy z niego dom na kołach. Bo jak nie da się jechać w teren, to trzeba sprawić, żeby teren przyjechał do nas.

Zuza ‘babajedzie’ Miedzińska


Nazywam się Dawid i chyba od zawsze muszę coś robić. Lubię tworzyć, dłubać przy drewnie, majsterkować i zamieniać pomysły w coś, co faktycznie da się zrobić własnymi rękami. Podobnie jest ze sportem, który towarzyszy mi od najmłodszych lat. Zaczynałem od kalisteniki i sportów siłowych, ale kilka lat temu pojawiły się góry i szybko okazało się, że to właśnie tam czuję się najlepiej.

Z czasem do gór doszło bieganie, więc naturalnie połączyłem jedno z drugim. Dzisiaj najwięcej frajdy daje mi trail running. Błoto, kamienie, przewyższenia i długie godziny na szlaku zdecydowanie wygrywają u mnie z asfaltem. To właśnie w górach i podczas biegania najbardziej czuję wolność.

Od jakiegoś czasu kończę też Koronę Gór Polski. Idzie mi trochę wolniej, niż zakładałem, bo zamiast odhaczać kolejne szczyty, lubię wracać w miejsca, w których po prostu dobrze się czuję. Mam za sobą między innymi GR1 Madeira Crossing, do którego dorzuciłem około 80 km własnego tuptania po Maderze, oraz Góry Przeklęte na Bałkanach. Chociaż tam akurat jeszcze wrócę, bo została mi jedna sprawa do dokończenia :P

Ostatnio coraz częściej chwytam też za wiosło i poznaję świat z perspektywy kajaka. A moje zamiłowanie do majsterkowania znalazło nowy, trochę większy projekt. Razem z Zuzą budujemy Landrynę, starego Volkswagena T4, którego własnymi rękami przerabiamy na dom na kołach. Ma być naszą bazą do kolejnych wypraw, gór, biegania, kajaków i wszystkich pomysłów, które jeszcze przyjdą nam do głowy.

Bo zdecydowanie bardziej niż odhaczanie miejsc z listy kręci mnie samo szukanie kolejnej przygody.

Dawid ‘chodubaranie Kuszyński


Cześć jestem Paulina i jestem sporty chic, bo nie ukrywam, że tak samo jak lubię sport to lubię, żeby buty mi się podobały podczas biegania.

U mnie zaczęło się od rzucenia pracy na etacie w marketingu i stworzeniu miejsca o którym marzyłam, ale nie miałam odwagi nawet myśleć. I tak powstała pracownia florystyczna „Zielone Pojęcie”, która się stała moją pracą, ale też życiem. Moja przyjaciółka mówi o Mnie, że jestem osobą, która wie, czego chce. A nawet jak nie wie, to dość pewnie i intuicyjnie podejmuje decyzje. Dlatego biegam na płaskim, po górach, jeżdżę na desce, na rowerze, dźwigam ciężary i za chwilę kto wie, może zacznę pływać.

Aktualnie chcę się dzielić swoją zajawą na sport i tym, że tutaj od 0 do „milionera” wcale nie dzielą nas setki tysięcy km, ale wytrwałość, nawyki, trochę wiary w siebie i ludzie, którymi się otaczamy.

Lubię robić, a od kiedy robię dużo, okazuje się, że lubię robić jeszcze więcej, najlepiej słuchając dobrej nuty w tle, bo muzyka to mój sprawdzony towarzysz w poszukiwaniach siebie.

Podróże są na szycie mojej listy „to do” bo kocham pyszne jedzonko, wielkie tętniące życiem miasta, ale też dzikie i nieodkryte miejsca, dlatego postanowiłam to połączyć i będę biegać po świecie. Kolejny półmaraton w Lizbonie, potem przybijamy piątkę na szlaku, bo Kocu zaraził mnie zajawą.

A za 2 lata widzimy się na finale UTMB.

Paulina
p_dubienska
Dubieńska